10 XI 2020
Drogi pamiętniku!
Właśnie umarłam.
11 XI 2020
Drogi pamiętniku!
Nie uwierzysz co się stało! Umarłam. Naprawdę. Trudno uwierzyć co nie? Jeszcze wczoraj żyłam. Chodziłam do szkoły. Spotykałam się z przyjaciółmi. Oddychałam. A dziś moja klatka piersiowa się nie unosi. To takie dziwne uczucie. Ale wiesz co jest najgorsze? Że moja śmierć nie nadeszła z powodu starości. Przyszła po mnie w kwitnącym wieku. No bo przecież 17 lat to chyba niezbyt dużo prawda? To straszne. Umrzeć tak młodo. Ale mi to nie przeszkadza. Pogodziłam się z tym.
Stoję teraz w kolejce z innymi duszami. Oto czym teraz jestem: duszą. Wciąż mam ciało człowieka, ale jest ono półprzezroczyste. Mieni się w promieniach słońca. Gdy tak na siebie patrzę wyobrażam sobie płomień świecy. Który za chwilę zgaśnie. I nie pozostawi po sobie nic. Żadnego śladu swojej obecności. Niczym dym rozwiany przez wiatr.
Przede mną jest jeszcze kilka osób, więc mam trochę czasu, aby wszystko ci opowiedzieć. To było tak:
Szłam sobie o jedenastej z ogniska i lekko szumiało mi w głowie. Wypiłam trochę alkoholu, więc nie myślałam jasno. Naszła mnie ochota, żeby wejść do kościoła. Głupie prawda? Włóczyć się po nocy i włazić do Domu Bożego. Ale nie ważne. Weszłam do środka i zaczęłam się zastanawiać dlaczego kościół jest o tej porze otwarty i oświetlony jak choinka na Boże Narodzenie.
Kroczyłam główną nawą i podziwiałam ciemne witraże, ogromne żyrandole i piękne malowidła na ścianach. To było super! Przerażające, a jednocześnie fascynujące. No i tak sobie szłam i szłam, a potem skręciłam w boczną nawę i zaczęłam wpatrywać się w obraz Matki Boskiej, gdy trzasnęły drzwi. Byłam przerażona. Cała fascynacja i zainteresowanie ulotniły się bez śladu. Zaczęłam się cofać. Po cichu weszłam do zachrystii i schowałam się za drzwiami. Kucnęłam i zaczęłam się modlić. Nigdy nie byłam zbytnio religijna, ani bogobojna, ale w tamtej chwili zesztywniała ze strachu, wciśnięta w ścianę prosiłam Boga o łaskę dla mnie. I wtedy usłyszałam kroki. Echo roznosiło je po całym budynku. Zamknęłam oczy, a moje modlitwy stały się jeszcze bardziej błagalne. A wtedy dźwięki stały się głośniejsze i domyśliłam się, że napastnik wszedł do pomieszczenia obok. W przypływie adrenaliny skoczyłam na równe nogi i przecięłam pokój. Dobiegłam do drzwi. Szarpnęłam za klamkę i mocno pociągnęłam. Otworzyły się z głośnym jękiem. Wypadłam na ołtarz. Zeskoczyłam ze schodów i pomknęłam główną nawą. Za sobą znów usłyszałam kroki. Napastnik rzucił się biegiem. Przyspieszyłam. Dotarłam do drzwi prowadzących na chór i mocno pociągnęłam za klamkę. Ku mojemu zaskoczeniu uchyliły się odrobinę. Szarpnęłam jeszcze raz zmuszając je do otwarcia się na oścież. Rzuciłam się do przodu i zaczęłam przeskakiwać co dwa stopnie. Gdy byłam w połowie schodów usłyszałam tupot. "To niemożliwe. Jak mógł tak szybko mnie dogonić? " Zobaczyłam otwarte drzwi prowadzące na chór, ale ominęłam je i zaczęłam dalej się wspinać. Na wieżę. Ujrzałam metalową drabinę i przeleciał mnie strach. "Przecież ja po niej nie wejdę?! " Zawróciłam, ale znów usłyszałam kroki i z westchnieniem irytacji odwróciłam się i postawiłam stopę na pierwszym szczeblu. "Dasz radę" przekonywałam samą siebie. Chwyciłam obiema rękami szczebel i podciągnęłam się. Powoli wspinałam się coraz wyżej i wyżej, aż w końcu dotarłam na sam szczyt. Spojrzałam w dół i dostrzegłam, że przeciwnik wyłania się ze schodów. Zauważyłam, że jest ubrany na czarno. Kurtka z kapturem, spodnie i buty. Okręciłam się na pięcie i rozejrzałam się. Znajdowałam się w dużym pomieszczeniu. Ściany i posadzka zrobione zostały z kamienia. Wszędzie leżały jakieś graty: świece, kable, stary głośnik, zakurzone książki. Pobiegłam i przeskakując nad kartonami dotarłam do schodów. Oceniłam je wzrokiem. Nie wyglądały na solidne. Drewniane, wąskie, strome, zasłane liśćmi z chyboczącą poręczą.
Wspięłam się po nich i po chwili moją twarz owiało chłodne, nocne powietrze. Znalazłam się na wieży. Wszędzie wokół panowała ciemność. Usłyszałam stukot butów i wystraszyłam się. "O mój Boże. Nie mam gdzie uciec" - pomyślałam "jestem jak szczur złapany w pułapkę" Cofnęłam się, a za plecami poczułam balustradę. Chwyciłam ją obiema rękami, a chłód metalu nieco mnie otrzeźwił. Moje serce biło jak szalone i pomyślałam, że osoba, która mnie goni z pewnością je usłyszy. W gardle zaczęła mi rosnąć ogromna gula. Po chwili z otworu wyłoniła się głowa ukryta pod kapturem. Z tak bliskiej odległości oceniłam, że z pewnością jest to mężczyzna.
- Czego ode mnie chcesz?! - zapytałam drżącym głosem.
- A jak sądzisz? - odpowiedział pytaniem na pytanie.
A ja znałam odpowiedź.
O nie! Chciałam ci wszystko opowiedzieć, ale kolejka się skończyła. Teraz moja kolej. Trzymaj za mnie kciuki. Od tej chwili będzie zależało wszystko. Pójdę do nieba czy do piekła? Jak tam jest? Dokąd trafili moi rodzice? A może jest jakaś czeluść i ja do niej trafię? Tego nie wiem, ale za chwilę chyba poznam odpowiedzi na te pytania. Obiecuję, że gdy skończę to wszystko ci opowiem. No i dokończę historię. Muszę lecieć. Archanioł Gabriel stoi w drzwiach zniecierpliwiony. Boże jaki on jest przystojny! Wysoki, szczupły i wysportowany. Ubrany jak każdy normalny człowiek: sprane dżinsy, biała koszulka polo i eleganckie buty. Krótki rękaw odsłania muskularne ramiona z mocno zarysowanymi mięśniami. Twarz - podłużna, rysy - delikatne, oczy - błękitne, nos - drobny, a szczęka - mocno zarysowana. Na ramiona opadają mu złociste loki. Trzyma ręce w kieszeniach i opierając się o ścianę stuka niecierpliwie nogą.
- Już idę. Jeszcze chwileczkę - mówię.
Szkoda, że jestem tylko jedną z tysięcy dusz. W dodatku niezbyt ładną. Na pewno nie zwróci na mnie uwagi. Ale nie ważne. Jestem silną i niezależną kobietą, która nie potrzebuje mężczyzny. Nie będę się nad sobą użalać. To nie w moim stylu.